Wysłany: 2008-06-28, 08:50
Polecający: www.google.com -> Forum ogolnotematyczne
Cytat:
Z Michałem Jelonkiem jest tak, że każdy go słyszał choć raz, ale nikt nie kojarzy. Wystarczy posłuchać partii skrzypiec u Łez, Wilków, Perfectu, Closterkeller, Huntera, Ankh i wielu innych. Już dziesiątki płyt swym stylem Jelonek uświetnił! Ale całe życie nie można ładować komuś armaty i trzeba kiedyś zagrać pierwsze skrzypce. W tym wypadku dosłownie, pitrasząc awangardowe solowe dzieło. Armata? To strzał ze skrzypiec przeciwpancernych o nuklearnej sile.
Wyobraźcie sobie, że Finowie z grupy Apocalyptica zrobili czary mary i stali się jednym ciałem, nasłuchali się Kapeli Ze Wsi Warszawa, Vanessy Mae, barokowej klasyki i ciężkiego rocka. I mamy instrumentalną płytę “Jelonek”. Zdominowana przez partie skrzypiec głównego bohatera i porywające melodie, od razu kojarzy się z wspomnianymi Finami. Lecz czy mogłaby się znaleźć w ich menu? Choćby zerwali setki strun, połamali tysiące smyczków i krwią namaścili swe instrumenty, to i tak jeden Jelonek zostawia ich w tyle w tumanach kurzu. Z całym szacunkiem, niech się cmokną w gryfy, bo “Jelonek” każdym pojedynczym dźwiękiem deklasuje ich ostatnie dokonania. Jeśli Apocalyptica posłucha tej płyty, to trzeba będzie jej muzykom pozamykać domach okna i pochować wszelkie ostre narzędzia. No cóż, drodzy panowie, Jelonek w swojej profesji jest jak Małysz z turbodoładowaniem atomowym na mamuciej skoczni. Porusza się zgrabnie jak Kasia Cichopek, a uderza jak Mike Tyson z cementowymi wkładkami w rękawicach.
Słuchając “Jelonka” przenoszę się w wyobraźnią w dzikie słowiańskie ostępy sprzed wieków, spowite jesienią, mgłą, przyprawione magią. Wypełnia je gęsty mrok i nostalgia, więc warto wzbić się pod niebo, pomknąć wraz z pędzącymi chmurami, przy dźwiękach genialnych “Akka” i “BaRock” podziwiać pejzaże. Przedzieram się przez niezbadane bory i biegnę przez bezkresne łąki przy “Steppe”. Zanurzając się w “Mosquito Flight”, patrząc oczami jakiejś muchy, jak oszalały lecę przez puszczę, przysiadając co chwilę. Przy “Pizzicato - Astecitism” i “Miserere Mei Deus”, siadam pod omszałą jabłonią, wsłuchuję się w szum wiatru i sączący się z nieba deszcz, wpatrując się w poszarzały horyzont. Co jest za mgłą? Czyj płacz dobiega mych uszu? Czyżby ulatywała czyjaś dusza? Czy to zbliża się koniec tego mistycznego świata?
Uprzedzę wasze pytanie: nie jestem wariatem. Po prostu “Jelonek” działa na wyobraźnię. To muzyka bardzo obrazowa i sugestywna, zaskakująca, o filmowym potencjale. Jeśli odpowiednio do niej podejść, to jej słuchanie można rozpatrywać jako misterium albo formę transu, podobnie jak muzyka Davida Gilmoura (“On The Island”) i The Gathering (“Souvenirs”). “Jelonek” to dzieło proste, ale wybitne i mówiące więcej niż kilka orkiestr i chórów razem wziętych. A że mnóstwo gości doprawiło to dzieło, to tym bardziej jest czym uszy rozgrzać. Chociażby perkusja i gitara Huntera już nadaje pikanterii, a do tego jeszcze Andrzej “Aka” Karp serwuje nam swój namiętny bas. Gdy Justyna Osiecka zacznie krzesać dźwięki ze swej wiolonczeli, słuchacz jest już uzależniony. “Jelonek” bierze bezpardonowo na poroże. Chwyta na długo.
Znając polskie wypaczone poczucie smaku, to “Jelonek” na najwyższych miejscach list sprzedaży raczej nie pohasa, za ambitna to twórczość, ale fani DOBREJ muzyki z pewnością będą nią zdzierać odtwarzacze do upadłego. No, czas już kończyć tekst. Zbieram się do kolejnej wyprawy w słowiańskie lasy, a zapowiada się ich jeszcze mnóstwo.
Dla zainteresowanych: http://pl.youtube.com/watch?v=9W0wNQCeowo
Album ogólnie jest bardzo eksperymentalny, na YouTube brak jednak innych utworów w lepszej jakości. Chyba sam coś wrzucę.
_________________ Der Vater hält das Kind jetzt fest / Hat es sehr an sich gepreßt / Bemerkt nicht dessen Atemnot
Doch die Angst kennt kein Erbarmen / So der Vater mit den Armen
Drückt die Seele aus dem Kind / Diese setzt sich auf den Wind und singt...
Rozbuchana, chimeryczna wyobraźnia polskiej pianistki i wokalistki nie zna granic - wokalistyka z pogranicza popu, jazzu i kabaretu w jej wydaniu pulsuje, rozwija się, rośnie i owija mackami co wrażliwszych odbiorców, wciągając w ekscentryczną, malowniczą rzeczywistość z pogranicza snu i jawy, gdzie fortepian gra pierwsze skrzypce. Out to zbiór wyśmienitych piosenek o psychopatycznych zabójcach, niebezpiecznych bajkach, hipokryzji wśród ryb, upadłych już lub upadających idolach, ruinach miast i właścicielach kościanych instrumentów - skomponowanych, napisanych, zagranych i zarejestrowanych samodzielnie przez tę zjawiskową artystkę o kruchej posturze i niewiarygodnej skali i mocy głosu, którym bawi się przednio. Pozycja zarówno dla miłośników kobiecej pop-wokalistyki spod znaku Kate Bush czy Tori Amos, jak i miłośników klimatu Kurta Weilla. Rzecz godna polecenia, tym bardziej, że Gabriela Kulka we wszystkich prezentowanych na płycie wcieleniach i językach (polskim i angielskim) czuje się znakomicie.
Dołączyła: 11 Mar 2006 Posty: 2352 Skąd: Częstochowa
Wysłany: 2008-10-05, 00:27
Eddie Vedder - Into The Wild
Cytat:
Debiutancki album Edwarda Louisa Seversona III, bo tak brzmi pełne nazwisko Eddiego Veddera, to nie lada wydarzenie. Vedder już wcześniej często udzielał się w różnych projektach i wspomagał rozmaitych artystów. W końcu jednak nagrał pełny album solowy, który na dobrą sprawę zwykłym albumem nie jest. „Into the Wild” to bowiem jednocześnie ścieżka dźwiękowa do filmu Seana Penna o tym samym tytule. Oparty na faktach obraz opowiada historię Christophera J. McCandlessa, który po ukończeniu collegeu pozbywa się majątku i rusza na Alaskę, chcąc żyć w harmonii z naturą.
Płyta (w całości nagrana przez Veddera) jest muzyczną ilustracją i interpretacją losów McCandlessa. To także autorskie spojrzenie na sprawy dużo bardziej ogólne, uniwersalne; wyprawa na Alaskę to tylko pretekst do snucia przemyśleń i refleksji. Lider Pearl Jam dał się już poznać jako znakomity tekściarz. Jego nowa płyta ukazuje go także jako i utalentowanego kompozytora.
Dobre wrażenie robi już rozpoczynający „Into the Wild” utwór „Setting Forth”. Rozkręca się szybko i bez zbędnych wstępów; próżno jednak szukać w nim szybszych temp, czy punkrockowej jazdy. Jeszcze spokojniej jest w „No Ceiling”, gdzie mamy bardzo ładną melodię w refrenie, a raczej w czymś na kształt refrenu. Kawałek trwa bowiem zaledwie półtorej minuty i robi wrażenie bardziej szkicu niż regularnego utworu. Podobnie rzecz się ma z „The Wolf”, czy wspomnianym już „Setting Forth”. Króciutka również jest piękna gitarowa miniaturka „Tuolumne”.
Pomimo, że płyta trwa zaledwie trzydzieści trzy minuty, Vedder zadbał, żeby zawartość była jak najbardziej urozmaicona. W uroczym „Rise” słyszymy ukulele, „Far Behind” po drobnych przeróbkach mogłaby się znaleźć na którejś płycie Pearl Jam, „The Wolf” za sprawą umiejętnie użytych klawiszy posiada wielce tajemniczy klimat. Generalnie dominują jednak brzmienia akustyczne; płyta jest wyciszona i nastrojowa. Mimo to o monotonii nie ma mowy.
Nie mniejszym, a dla wielu głównym, walorem „Into the Wild” jest głos Veddera. Doskonale znany z płyt Pearl Jam tu jest bardziej dojrzały, świadomy. Z całą pewnością jest także absolutnie szczery, ale akurat o nieszczerość trudno Veddera podejrzewać. Przez całą swoją karierę to właśnie szczerość, zarówno wobec siebie jak i w odniesieniu do fanów, była chyba najbardziej widoczna, nie tylko u niego ale i w całym Pearl Jam. Vedder jest w świetnej formie nie tylko wokalnej, co cieszy, zwłaszcza w kontekście jego wcześniejszych problemów alkoholowych.
Na debiutanckim albumie wokalisty Pearl Jam znalazło się miejsce nie tylko na jego autorskie utwory. Na „Into the Wild” możemy bowiem usłyszeć „Hard Sun” autorstwa Gordona Petersona oraz „Society” Jerry’ego Hannana, który zresztą towarzyszy w tym kawałku Vedderowi akompaniując mu na gitarze i wspomagając wokalnie. W tym pierwszym utworze razem z Vedderem możemy usłyszeć śpiewającą Corin Tucker.
„Into the Wild” nie przynosi jakichś zmian w muzyce, nie jest żadną rewolucją, nie przełamuje muzycznych barier. Ale też żadnych gwałtownych ruchów nikt od Veddera nie oczekiwał. Mając za sobą rewolucję grunge’ową z początku lat dziewięćdziesiątych i późniejszą (wciąż trwającą) wspaniałą muzyczną karierę z Pearl Jam, Eddie Vedder może sobie pozwolić na nagrywanie takich właśnie płyt. I chwała mu za to.
może tak na wstępie:
Karpe Diem - Rett fra hjertet
czyli moje odkrycie roku 2008 choć dopiero/już październik. Norweski duet raperów rymujący w swoim ojczystym języku ( w przeciwieństwie do wielu swoich kumpli po fachu z Norwegii czy Skandynawii). Nie wiele się rozumie ale pozytywną energie i tak się odczuwa
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum