O to to. Wystąpienia publiczne. Nawet zwykłe rozwiązywanie zadania przed grupą na tablicy sprawia, że czuję się okropnie. Nie znoszę, gdy widzę parędziesiąt par oczu wlepionych we mnie. Jak już zaczynają coś o mnie gadać, to w ogóle mam ochotę sie ewakuować.
_________________ (...) The tiny strings inside our genome, they own us, they control us, and they torture us. Do not reproduce, do not support them, bring them to an end. Stop the agony of concious life, eradicate life.
Jeśli chodzi o występy publiczne to rzec by można, że uwielbiam, to znaczy nie krępują mnie, nie stresują, mogę publicznie śpiewać po mimo tego, że nie potrafię, mogę wiersze recytować, mogę wygłaszać mowę itp. nie ma problemu. Mając 13 lat nawet chodziłam na kółko recytatorskie ;] - ciekawa sprawa, były jakieś przedstawienia, próby, często nas zwalniano z tego powodu, więc same plusy były. Poza tym jeszcze wrócę do kwesti śpiewania - najlepiej się śpiewa <to znaczy wyje ;p> na karaoke, trzymając mikrofon w ręku można wyć głośno "my cyganie (...) ore ore szabadabada amore" w takich sytuacjach stres jest mi obcy ;]
_________________ "Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!"
'Ooo, jak on mi strasznie pokaże!!! Ooo, jak ja okropnie zobaczę!!!' wszystko gra
Jesli mam występować to zawsze patrzę na jakiś wybrany punkt, żeby nie zwracać uwagi na te wszystkie oczy zwrócone w moją strone, w przeciwnym razie język zaczyna mi się plątać i nie mogę z siebie wydusić słowa
Największy stres to dla mnie - jak dla większości zresztą - wystąpienia publiczne i egzaminy. Tych pierwszych nie cierpię ich jak zarazy morowej, a wiecznie się w jakieś wkopię. Od organizacji apeli, śpiewów, występów artystycznych wszelakiej maści w podstawówce po różnego rodzaju prezentacje, referaty czy przemawianie w imieniu grupy teraz, na studiach.
Tych drugich nie znoszę jeszcze bardziej, zwłaszcza, że wszystkie egzaminy na moich studiach są ustne, przez cztery lata spotkał mnie może jeden pisemny.
Przy okazji takich stresogennych sytuacji zawsze czuję się jak ostatni głupol, mam pustkę w głowie, miękkie kolana i czuję, jak trzęsą mi się ręce i burczy w brzuchu. Taki stan trwa przez jakieś pierwsze dwie, trzy minuty i one są właśnie najgorsze. A potem coś we mnie zaskakuje, dostaję słowotoku i nagle odkrywam, że wiem czy umiem więcej, niż przypuszczałam. Najzabawniejsze jest to, że w takich chwilach doznaję zwykle jakiegoś dziwacznego rozdwojenia - niby dyskutuję żywo z egzaminatorem, ściemniam jak opętana, czasem wdaję się z nim w ostrą polemikę, plotąc mądrości o rzeczach, o których - jak sądziłam - nie mam zielonego pojęcia lub mam pojęcie znikome, a tak naprawdę dzieje się to niejako bez mojego udziału, bo mam wrażenie, że stoję gdzieś z boku i przysłuchuję się temu co mówię. Niejednokrotnie zastanawiając, o czym ja, do diabła, bredzę. Osobliwe, choć ciekawe odczucie. "Dusza z ciała wyleciała" czy ki czort
Ogólnie więc stres działa na mnie raczej mobilizująco. Oczywiście w rozsądnych, ludzkich dawkach. W mniej ludzkich zdarza mi się sięgać po ziołowy syropek z melisą, który niweluje stres do przyzwoitego poziomu i pozwala działać bez robienia pod siebie ze strachu ;]
_________________ Częściej patrzę się na wschód
Chłopiec z rysunkową teczką
Kęsy zimowego słońca
Chłopiec zjada łyżeczką
U mnie ciekawie wygląda sprawa z wystąpieniami publicznymi. Lubię być w centrum uwagi, więc jako takie nie stanowią dla mnie problemu. Psychicznie. Bo fizycznie czasami moje ciało płata mi figla i pojawiają się typowe objawy - trzęsawka ręczna itp. Ale jestem nimi bardziej zaskoczona niż zdenerwowana, bo od zawsze lubiłam sie pakować we wszelkiej maści apele, wystąpienia etc, etc.
W sytuacjach szkolnych stres się pojawiał, gdy czegoś nie umiałam ;p ale zawsze udawało się go opanować na tyle, żeby coś ściągnąć. Zupełnie nie występowało u mnie zdenerwowanie, gdy wiedziałam, że umiem kompletne wszystko, albo absolutnie nic. Pierwsza sytuacja jest oczywista, druga - pustka w głowie równa się bani, więc o co się martwić, jak się zna wynik? ^^
Podobnie jest na studiach. Jeśli chodzi o egzaminy, to stres pojawia się dopiero na jakieś 3-4 godziny przed, wtedy zaczynam czuć taką dziurę w żołądku. Ale to nie przeszkadza mi się potem skupić na tym, co mówię - jak się rozkręcę to samo idzie ;p
Innymi słowy - stres to dla mnie mobilizator, najlepiej mi się działa pod presją. Nie daję mu się opanować, bo co miałabym z tego za korzyść? ;p
Ogromnie stresują mnie publiczne wystąpienia.
Stresują mnie też konieczność zwrócenia na siebie cudzej uwagi. Stresują mnie konieczność rozmowy z nieznajomymi. Stresuje mnie poznawanie nowych osób zarówno w realu jak i w necie. Stresuje mnie świadomość, że inni mnie oceniają. Stresuje mnie to, że mogą się zachować nie w porządku wobec innej osoby. Stresują mnie również egzaminy.
Stres związany ze szkołą to dawno, dawno już przeszłość. Wszelkie formy pisemne to dla mnie zero stresu, nawet przed maturą ani trochę się nie stresowałam. Problem stanowi odpowiedz, bądź wystąpienie publiczne, głównie przed osobami których nie znam i nie jestem pewna jaka będzie ich reakcja. Myślałam że to już nie jest dla mnie tak wielki problem, ale dopiero na ustnych maturach okazało się że stres mnie paraliżuje.
Wszelkie formy pisemne to dla mnie zero stresu, nawet przed maturą ani trochę się nie stresowałam. Problem stanowi odpowiedz, bądź wystąpienie publiczne, głównie przed osobami których nie znam i nie jestem pewna jaka będzie ich reakcja. Myślałam
tutaj mechanizm będzie taki sam. przyzwyczaiłaś się do wypowiedzi pisemnych i one teraz już nie stanowią dla Ciebie stresu, podobnie będzie przy wystąpieniach publicznych. kwestia praktyki. wiem po sobie ;-)
_________________ egzystuję więc myślę.
niestety to drugie nie wszystkim jest dane.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum